Wołowinę lub drób prosto z reklamówki, z bagażnika samochodu lub z kartonu ustawionego na chodniku sprzedaje się na łódzkim targowisku „Dolna – Ceglana”. Na Rynku Bałuckim w szeregu stoją blaszane budy. Jest w nich wprawdzie prymitywny sprzęt chłodniczy, ale i tak mięso, nawet w największy upał, leży na ladach. Wyniki zakończonej właśnie kompleksowej kontroli kilkunastu punktów handlu mięsem na łódzkich targowiskach, prowadzonej wspólnie przez powiatowego lekarza weterynarii, sanepid, policję i miejski samorząd, mogą odebrać apetyt…
Kontrolerzy mieli zastrzeżenia do większości mięsnych stoisk. Brud i niewłaściwe przechowywanie mięsa – to najczęstsze zarzuty. Co gorsza, okazuje się, że stan sanitarny wielu takich stoisk na co dzień woła o pomstę do nieba.
– Praktycznie podczas każdej kontroli wypisujemy kupcom mandaty za nieprawidłowe przechowywanie mięsa i fatalny stan sanitarny stoisk – powiedziała nam Iwona Rudnicka z miejskiego sanepidu w Łodzi.
Sanepid jest bezradny wobec handlarzy sprzedających wędliny i mięso z nieprzystosowanych do tego samochodów, bez chłodni. Nielicznych kontrolerów znają wszyscy handlujący na targowiskach, nim więc kontrolerzy dotrą do takiego kupca, ten schowa towar. Pracownik sanepidu nie może go zmusić do otwarcia auta, a policja w kontrolach uczestniczy sporadycznie. Nasilenie latem kontroli (odbywają się zwykle co tydzień) przywołuje tylko niektórych do porządku.
Na szczęście odczuwalnie poprawiła się sytuacja w halach targowych.
– Kupcy remontują chłodnie, malują pomieszczenia, staranniej sprzątają – dodaje Iwona Rudnicka. – W halach wyegzekwowaliśmy ułożenie płytek, zainstalowanie lad chłodniczych z prawdziwego zdarzenia. Smutne jest jednak to, że takie inwestycje trzeba wymuszać, a samym kupcom najmnieju na tym zależy.
Optymizmem napawa jednak fakt, że mięso z łódzkich targowisk pochodzi z pewnych źródeł.
– Sprawdzaliśmy, czy pochodzi z legalnego uboju, czy jest badane i właściwie oznakowane. Nie znaleźliśmy nieprawidłowości – mówi Jacek Tyrankiewicz, miejski lekarz weterynarii.
Odwiedziliśmy kilka mięsnych stoisk na łódzkich targowiskach. Obok ułożonych w kupki wieprzowych skór, kości i mięsnych ochłapów leniwie kręcili się właściciele. Jedna ze sprzedawczyń rozłożyła pomiędzy krwawymi kawałkami gazetę i czytała, dłubiąc w zębach. Na targowisku pod chmurką ladę pokrywał schab, karkówka, boczek, którymi co jakiś czas interesowały się muchy. Jakaś kobieta przebierała między mięsnymi skrawkami. Wokół unosił się słodkawy, mdlący zapach.
Stali klienci tych stoisk zapewniali nas jednak, że zawsze jest na nich świeży i w dodatku tani towar. Przychodzą tu od lat i na pewno nie zrezygnują. A sanepid po prostu się czepia.
Autor artykułu: (Aro)