Archive for November, 2000

Galimatias na dwóch kółkach

Thursday, November 30th, 2000

Rowerzyści nie powinni jeździć po chodnikach. Przepisy zezwalają im na to jedynie wtedy, gdy nie ma drogi dla rowerów, a na jezdni dozwolony jest ruch pojazdów z prędkością wyższą niż 60 km/h.

Rowerzyści jeżdżący chodnikami powinni zachować szczególną ostrożność i ustępować pierwszeństwa pieszym. Jedynie tam, gdzie są drogi dla rowerów, sytuacja jest jasna. Rowerzyści muszą korzystać z oznakowanej trasy i ruch rowerów nie miesza się z ruchem innych pojazdów i pieszych. Jeśli jest ustawiony znak „droga dla rowerów”, rowerzysta, który jedzie po jezdni, może zostać ukarany mandatem 100 zł i jednym punktem karnym.

W Łodzi jednak dróg dla rowerów jest jak na lekarstwo, a na ulicach dochodzi do paradoksów. Jadąc tą samą trasą obowiązują inne zasady, zależnie od kierunku ruchu. Na przykład na al. Włókniarzy jadąc od al. Mickiewicza do ul. Legionów (dopuszczona prędkość 70 km na godz.) rowerzyści mogą jechać zarówno po chodniku, jak i po jezdni, bo przepis tylko pozwala korzystać z chodnika, ale też nie zabrania w takich przypadkach korzystania z jezdni.

W kierunku przeciwnym (ściśle trzymając się przepisów) rowerzyści mogą jechać wyłącznie po jezdni, bo dopuszczalna tam prędkość to 60 km na godz. Rowerzyści często wybierają jednak chodnik, chociaż – formalnie – łamią prawo. W praktyce policjanci przymykają oko na takie wykroczenia. – Można karać rowerzystów mandatami, ale to nie załatwi problemu.

Autor artykułu: (maj)

Wandale niszczą i pozostają bezkarni

Thursday, November 30th, 2000

W ciągu dwóch nocy ktoś połamał dziesięć buków, dwa klony kuliste, zniszczył osiem ławek i dziesięć koszy na śmieci w parku przy ul. Niciarnianej. Buki zostały tam posadzone na przełomie października i listopada. Otoczono je palikami, przewiązano taśmą, by bezpiecznie rosły.
Wczoraj pracownicy opiekujący się parkiem zauważyli, że wszystkie są złamane na wysokości 1,5 metra. Wyrwano z ziemi ławki, choć ich nogi zostały zabetonowane. Straty oceniono na kilka tysięcy złotych. Pracownicy, którzy opiekują się parkiem, przypuszczają, że dewastacja jest dziełem młodzieży zbierającej się w pobliżu. Pracownicy widzewskiej delegatury zawiadomili policję i straż miejską, ale obawiają się, że sprawcy nie zostaną wykryci.
– Policja i straż na prośbę, by park objąć ochroną, odpowiada, że nie ma ludzi, samochodów i pieniędzy. Staramy się chronić go podczas meczów, a także świąt Bożego Narodzenia i Wszystkich Świętych, kiedy wycinane są świerki. Wynajmujemy wtedy firmę ochroniarską – powiedziała nam Aleksandra Salska z widzewskiej delegatury UMŁ.
Wandale pojawiają się również w parku Źródliska. Choć jest on ogrodzony i zamykany na noc, z ławek wyrywane są deski. Jeden z metalowych prętów ogrodzenia (od strony ul. Fabrycznej) trzeba co jakiś czas naprawiać, bo ktoś go wygina albo odcina. Prawdopodobnie mieszkańcy urządzili sobie w tym miejscu przejście na skróty.

Autor artykułu: (mad)

Ruszy tymczasowe targowisko

Thursday, November 30th, 2000

Na terenie dawnej krańcówki autobusowej przy ulicy Felińskiego w najbliższych dniach ma być zorganizowane tymczasowe targowisko, na które przeniosą się kupcy handlujący bez zezwoleń w okolicach Domu Handlowego „Pionier”.

Jest więc duże prawdopodobieństwo, że przed przychodnią i w okolicy targowiska przy ul. Rydla z chodników znikną handlujący. Od kilku miesięcy strażnicy miejscy usuwali stamtąd kupców lub uniemożliwiali im rozłożenie straganów.

– Pomysłodawcami urządzenia handlu w legalnym miejscu byli sami kupcy zmęczeni ciągłymi kłopotami ze strażnikami – powiedział nam wczoraj Marek Piórek, administrator targowiska „Rydla-Tatrzańska” i „Felińskiego”. – Teren po dawnej krańcówce, należący do gminy, został zaakceptowany przez władze miasta. Teraz Delegatura Urzędu Miasta Łódź-Górna wytyczy granice targowiska, komitet organizacyjny ustali koncepcje zagospodarowania i na plac targowy natychmiast przeniesie się handel obwoźny.

Nowy obiekt będzie miał charakter tymczasowego placu targowego. Rano będą tu przyjeżdżać kupcy i rozstawiać swoje stanowiska, a po handlu zwijać je i sprzątać.
Na wiosnę na plac przy ul. Felińskiego przeprowadzi się też grupa kupców z targowiska przy przychodni obok „Pioniera”. Przeprowadzka ta jest związana z planowaną modernizacją części targowiska. W opuszczonym miejscu rozpocznie się bowiem budowa zadaszonych pawilonów handlowych. Otwarcie centrum handlowego nastąpi prawdopodobnie w połowie 2001 roku.

Autor artykułu: (aro)

A marzyli o pałacu…Co to miał być za ślub…

Tuesday, November 28th, 2000

Dwoje łodzian zapragnęło zawrzeć związek małżeński w Pałacu Poznańskiego.Planowali rodzinną uroczystość
dla około stu osób, później życzenia i godzinny aperitif.

Przyszli małżonkowie snuli marzenia o dostojnej uroczystości w historycznych wnętrzach. Okazało się, że o ślubie w Pałacu Poznańskiego rzeczywiście mogą sobie pomarzyć. Urzędnicy za nic nie chcą się zgodzić na ślub poza Urzędem Stanu Cywilnego.

– Wybraliśmy Pałac Poznańskiego, ponieważ ma piękne, efektowne wnętrza. Ceremonia miała być taka sama jak w urzędzie, żadnych ekscentrycznych życzeń – powiedział nam przyszły pan młody. – Myślałem, że załatwianie formalności zajmie nam pięć minut. Niespodziewanie napotkaliśmy opór urzędników. A przecież pałacowe wnętrza w niczym nie ujmują powadze ślubnej ceremonii. Tak nas to zaskoczyło, że nie pytaliśmy już o możliwość zawarcia małżeństwa w innych zabytkowych wnętrzach. To walka z wiatrakami.
Przyszli małżonkowie są zrezygnowani oporem ze strony urzędów.

– To mój ślub. Skoro nie można go zorganizować w Pałacu Poznańskiego, to z radością wezmę go w którymś z Urzędów Stanu Cywilnego – zapowiada przyszła panna młoda.
Odmownej decyzji urzędników i dyrekcji Muzeum Historii Miasta Łodzi, administrującego Pałacem Poznańskiego, nie mogą zrozumieć rodzice przyszłych małżonków.
– Byliśmy gotowi pokryć koszty wyznaczone przez administratora pałacu oraz dostosować się do regulaminu, który wyznaczy. Usłyszeliśmy, że mogą się tu odbywać wyłącznie bankiety dla firm. W kilku z nich uczestniczyłam i nie wiem, czym różnią się w rozmachu, z jakim się odbywają, od ceremonii ślubnej. Najbardziej bulwersuje mnie fakt, że prędzej można wziąć ślub w więzieniu niż w historycznym budynku – stwierdziła matka pana młodego.
Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego twierdzi, że nie może godzić się na podobne życzenia nowożeńców, bo obliguje go do tego prawo.

– Prawo o aktach Stanu Cywilnego oraz kodeks rodzinny i opiekuńczy wyraźnie mówią, że ślub może się odbyć tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego. W ekstremalnych warunkach zgadzamy się na zawarcie związku małżeńskiego w szpitalu lub areszcie. Jest dowolność w wybieraniu sal w pałacach ślubów. Młode pary mogą wybrać się nawet do innego miasta – poinformowała kierowniczka USC Łódź-Bałuty.
Odmowa ślubu w Pałacu Poznańskiego zaskoczyła łódzkich radnych. Stanęli murem za młodą parą.

– Nie rozumiem, dlaczego urząd i administracja Pałacu Poznańskiego odmówiły życzeniu przyszłych małżonków. Ślub w historycznym budynku nie narusza powagi urzędu. Poza tym obie instytucje miały okazję zarobić pieniądze. W końcu narzeczeni nie chcieli się pobierać na kominie elektrociepłowni czy pod wodą. To miał być zwykły ślub. Szkoda, że urzędnicy myślą starymi kategoriami – powiedział nam radny Witold Rosset (Unia Wolności).

Autor artykułu: (k)

Z ulicy na złom

Tuesday, November 28th, 2000

Każdego roku z łódzkich ulic ginie kilkaset pokryw ciepłowniczych i włazów kanalizacyjnych. W ostatni weekend zginęło ich kilka.

Złodzieje tak wyspecjalizowali się w kradzieżach, że są nieuchwytni. Jedna pokrywa kosztuje 150 zł.

– Szczególnym powodzeniem wśród złodziei cieszą się pokrywy przy krawężnikach – powiedział Tomasz Kubiak z Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. – Kradzieże zdarzają się przez cały rok. I nie ma skutecznego sposobu na złodziei.
Kradzieże najczęściej zgłaszane są do Inżynierii Miejskiej lub do strażników miejskich. Ci z kolei powiadamiają Zakład Sieci Cieplnej lub Zakład Wodociągów i Kanalizacji, aby teren został szybko zabezpieczony.

– Zdarzają się miesiące, kiedy przyjmujemy po kilkanaście zgłoszeń kradzieży żeliwnych pokryw – dowiedzieliśmy się od dyżurnego Inżynierii Miejskiej. – Pokrywy są ciężkie, więc złodzieje sprzedają je najprawdopodobniej na złom.
Otwarte włazy po ukradzionych pokrywach mogą być niebezpieczne. Może w nie wpaść przechodzień lub przejeżdżający samochód, jeśli kierowca w porę nie zauważy brakującej pokrywy. Na szczęście w tym roku nie było takich przypadków.

Autor artykułu: (am)

Zbrodnia za zamkniętymi drzwiami

Tuesday, November 28th, 2000

Za zamkniętymi drzwiami rozpoczął się wczoraj proces 24-letniego Rafała M. i jego niespełna 17-letniej żony Katarzyny K., oskarżonych o wyjątkowo okrutny mord na jej ojcu.

Bliscy ofiary i oskarżonych nie mogli zrozumieć, dlaczego sąd wyprosił ich z sali: – Czy to znaczy, że prawo jest przeciwko poszkodowanym? Dlaczego najbliżsi nie mogą się przysłuchiwać rozprawie? – mówili na korytarzu sądowym.
Dwa lata temu niespełna 15-letnia Katarzyna i 22-letni wówczas Rafał M. wzięli ślub kościelny. Zamieszkali z jego rodzicami. Wkrótce na świat przyszedł ich syn. Prokuratura ustaliła, że Rafał M. od początku był niechętny teściom.
Pod koniec listopada ubiegłego roku oskarżeni niespodziewanie odwiedzili rodziców Katarzyny K. Poprosili o przenocowanie, jednak o północy Rafał M. nagle wyszedł z mieszkania. Nazajutrz Katarzyna K. wyjaśniła rodzicom, że zamierzał zamordować i ograbić jej ojca. Ponieważ odmówiła pomocy, zdenerwował się i wyszedł.

Gdy 18 grudnia Janina K. wróciła z pracy, zastała splądrowane mieszkanie i zwłoki męża: miał podcięte gardło. Z mieszkania zginęła biżuteria i inne drobne przedmioty. Wiedziała, że tego dnia odwiedziła ich córka, bo mąż powiedział jej o tym, gdy przed południem dzwoniła do niego z pracy.

Oskarżonych zatrzymano dzień po zabójstwie. Rafał M. nie przyznał się do winy. Twierdził, że byli u teścia przez chwilę, aby odwołać zaplanowaną na następny dzień wizytę. Inną wersję przedstawiła Katarzyna K. Wyjaśniła, że ojciec wpuścił ją, sądząc, iż jest sama. Poszła do kuchni i zrobiła kawę. Gdy wróciła do pokoju, zobaczyła zakrwawione zwłoki ojca. Przeszukali mieszkanie i wrócili do siebie: zakrwawioną odzież spalili, a zrabowane przedmioty Rafał M. zakopał. Według biegłych psychiatrów, Katarzyna K. jest pod silnym wpływem męża.

Autor artykułu: (ak)

Szefowie „Sajaru” przed sądem

Friday, November 24th, 2000

Przed łódzkim Sądem Rejonowym stanęli wczoraj 52-letni Sławomir J. i 46-letni Andrzej S., współwłaściciele firmy „Sajar”. Prokuratura zarzuca oskarżonym m.in. wyłudzenie od Zakładu Ubezpieczeń „Westa” SA co najmniej
20 mln zł oraz próbę wyłudzenia kolejnych
13,5 mln zł i 33 mln dolarów. Sławomir J., którego sąd zaczął wczoraj przesłuchiwać, nie przyznał się do winy. Przesłuchania oskarżonych będą kontynuowane podczas rozprawy w grudniu.

Sprawa obu biznesmenów toczyła się już kilka lat temu. Po kilku rozprawach Sąd Okręgowy uznał jednak, że materiał dowodowy trzeba uzupełnić i w czerwcu 1996 r. zwrócił akta prokuraturze. Drugi – uzupełniony akt oskarżenia – trafił do sądu w styczniu tego roku.

Prokuratura ustaliła, że od maja 1991 r. do maja następnego roku oskarżeni jako właściciele firmy „Sajar” zawarli z „Westą” 25 umów poręczeń spłat należności celno-podatkowych i kredytowych. Prokuratura twierdzi, że, zawierając je wprowadzili zarząd „Westy” w błąd co do zdolności kredytowej firmy. Zataili też fakt, że nie będą mogli wywiązać się z tych umów.

Dwanaście z nich, na kwotę 25,2 mln zł, wykorzystali, głównie ubiegając się o kredyty. Gdy firma przestała spłacać pożyczki, banki zwróciły się do poręczyciela. „Westa” musiała zapłacić ponad 20,6 mln zł. Pozostałe umowy poręczenia nie zostały wykorzystane.
W 1993 r. obaj biznesmeni, należący do Klubu Kapitału Łódzkiego, trafili do aresztu. Na wolność wyszli trzy lata później.

Autor artykułu: ak

Wywiad, ale z komentarzem

Friday, November 24th, 2000

Pozwali TVP do sądu pracy
Ponad dwie godziny trwało wczoraj przesłuchanie byłego dyrektora łódzkiego ośrodka TVP w sądzie pracy. Czterej dziennikarze tego ośrodka, których zwolniono dyscyplinarnie po emisji wywiadu z Grzegorzem Piotrowskim, domagają się przywrócenia do pracy.

Na początku marca zabójca księdza Jerzego Popiełuszki wziął udział w konferencji prasowej, promującej nowy tygodnik. Tego samego dnia w wieczornym wydaniu „Łódzkich Wiadomości Dnia” ukazała się relacja z konferencji, a po programie – wywiad z Piotrowskim, w którym próbował on umniejszyć swój udział w zbrodni. Po rozmowie ukazała się plansza z podziękowaniami dla tygodnika.

Emisja wywiadu wywołała wiele kontrowersji. Zarząd TVP zwolnił dyscyplinarnie jego autorów, a także szefa informacji i publicystyki w łódzkim ośrodku oraz wydawcę ŁWD w tym dniu. Dyrektor ośrodka Witold Skomorowski złożył dymisję.

Na wcześniejszej rozprawie pełnomocnicy zwolnionych dziennikarzy przedstawili dokumenty, z których wynika, że to on był inicjatorem powstania obu materiałów i zaakceptował je przed emisją.

Wczoraj były dyrektor mówił, że przed emisją widział tylko fragmenty niezmontowanego jeszcze materiału, a całość obejrzał dopiero w kwietniu: – Wyraziłem warunkową zgodę na emisję, jeśli w materiale zostaną spełnione warunki techniczne i merytoryczne – mówił Witold Skomorowski. Twierdzi, że miał tego dopilnować zwolniony później szef działu informacji i publicystyki, do którego miał zaufanie. W ocenie byłego dyrektora, wywiad nadawał się do emisji, ale z komentarzem.
Proces będzie kontynuowany w styczniu.

Autor artykułu: ak

Policjanci znaleźli litry heroiny

Friday, November 24th, 2000

Sześć osób podejrzanych o produkcję i rozprowadzanie środków odurzających zatrzymali na Teofilowie policjanci. Funkcjonariusze zabezpieczyli marihuanę, kokainę, polską heroinę, susz makowy oraz półprodukty i odczynniki do produkcji narkotyków.

W mieszkaniu przy ul. Traktorowej policjanci zatrzymali właścicielkę, 37-letnią Elżbietę S. oraz jej konkubenta, 34-letniego Andrzeja B. W trakcie przeszukania policjanci znaleźli ponad 4 litry „rodzimej” heroiny, słomę makową ukrytą w tapczanie, odczynniki chemiczne przechowywane w lodówce oraz strzykawki do porcjowania narkotyku. W policyjną zasadzkę wpadli także trzej stali odbiorcy gotowego wyrobu: 31-letni Marcin W., 34-letni Zbigniew W. i 30-letni Norbert S.

Kilkadziesiąt minut później policjanci weszli do innego mieszkania przy ul. Traktorowej, wynajmowanego przez 33-letniego Piotra R. Znaleźli 66 dilerek z marihuaną, 13 dilerek z kokainą, a także dwie wagi laboratoryjne do ważenia narkotyków. Najemca mieszkania został osadzony w policyjnej izbie zatrzymań. Policjanci ustalają, komu i gdzie sprzedawał narkotyki.

Autor artykułu: ćma

Koniarek zamiast Patalana

Thursday, November 23rd, 2000

GKS Bełchatów – Stomil Olsztyn 0:1 (0:1)
Gole
0:1 – Matys (40)
Składy
GKS: Łukiewicz – Konkiewicz, Nocoń, Kościelniak – Pranagal, Hinc, Berensztajn, Skinderis, Kalkowski (62, Konon) – Kukulski (77, Popek), Kolendowicz (62, Zimoch). Trener Złomańczuk
Stomil: Krzyształowicz – Januszewski, Lenart (74, Wysocki), Biedrzycki, Siniczyn – Kwiatkowski, Kościuczuk, Radziwon (77, Marzec), Kowalczuk – Matys, Sawicki (89, Salami). Trener Łobocki
Kartki
Żółte: Skinderis – Sawicki, Wysocki, Matys
Sędzia
Antoni Fijarczyk ze Stalowej Woli. Widzów 200

W trzech poprzednich edycjach rozgrywek Pucharu Polski piłkarze GKS Bełchatów przegrywali rywalizację w ćwierćfinale, finale i półfinale. Tym razem na własne życzenie nie udało się im znaleźć w ósemce najlepszych drużyn rozgrywek.

Przegrali, bowiem w pierwszej połowie nie wykorzystali trzech znakomitych okazji, nim rywalom udało się oddać pierwszy groźny strzał na bramkę Sebastiana Łukiewicza (Aleksander Ptak na przedmeczowej rozgrzewce wybił palec).
W 8 minucie Maciej Kalkowski wymanewrował dwóch rywali na prawej stronie boiska i zagrał przed pole karne do pozostawionego Roberta Kolendowicza, który nie trafił w piłkę. Chwilę później po wrzutce Bartosza Hinca i przypadkowym odbiciu przez obrońcę w dogodnej sytuacji znalazł się Paweł Pranagal. Kopnął nieczysto piłkę i Andrzej Krzyształowicz nie miał kłopotów ze złapaniem jej. W 21 minucie Hinc znów otworzył podaniem szansę swojej drużynie. Kalkowski odbił piłkę głową, która przelobowała Krzyształowicza i bramkę.

W pierwszej połowie piłkarze GKS mogli jeszcze dwukrotnie wykorzystać niepewne interwencje Krzyształowicza, któremu piłka wylatywała z rąk, jak woda z dziurawego wiadra. Wystarczyło tylko pobiec po strzale kolegi w kierunku bramki i posłać piłkę do siatki.

Pierwszy wpadł na ten pomysł Sławomir Konkiewicz, który po uderzeniu Roberta Kolendowicza wyjął ją Krzyształowiczowi z rąk. Jednak był przy linii końcowej i nie miał szans trafić w bramkę. Zatem podał piłkę…. rywalowi.

Akcje gości w pierwszej połowie można było policzyć na palcach jednej ręki. Kończyły się strzałami z dystansu i piłka przelatywała obok słupka lub wpadała w ręce poprawnie broniącego Łukiewicza.

W 40 minucie po krótkim rozegraniu rzutu rożnego Łukasz Kowalczuk podbiegł do pola karnego i strzelił z ostrego kąta. Piłka przeszłaby obok słupka, ale odbiła się od nogi Piotra Matysa i wpadła do siatki.

Po przerwie okazało się, że Stomil jest zadowolony z wyniku i przez trzy kwadranse umiejętnie bronił prowadzenia. Piłkarze GKS słabli z minuty na minutę i w końcówce spotkania zagrożenie z ich strony było iluzoryczne.
Kiedy trener Jan Złomańczuk zdjął z boiska Krzysztofa Kukulskiego, stało się jasne, że bełchatowianie nie mają szans doprowadzić do dogrywki. Wprowadzeni po przerwie Jacek Popek, Krzysztof Konon i Marcin Zimoch byli bezradni w walce z defensorami Stomilu.

Zabrakło w ataku Dariusza Patalana, który w tym czasie zaliczał kolokwia na gdańskim AWF, którego jest studentem. Bełchatowskiego napastnika przyjechał zobaczyć Marek Koniarek, trener piłkarzy Widzewa. Nie wiedział jednak o nieobecności Patalana w Bełchatowie.

Prezes górniczego klubu Zdzisław Drobniewski oficjalnie nie został poinformowany o zamiarach łódzkiego klubu. Andrzej Pawelec, właściciel ASPN Widzew zapowiadający sprowadzenie Dariusza Patalana do Łodzi, jeszcze się z nim nie kontaktował.

Powiedział także, że jego drużynie przydałby się taki zawodnik jak Koniarek. Żałował, że nie ma już w Polsce snajperów, jakim był kilka lat temu napastnik Widzewa.

Autor artykułu: Mariusz Goss