Archive for May, 2001

Studia na wózku

Friday, May 25th, 2001

Kiedy przed rokiem Marta Staniszewska przekraczała progi Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, czuła się jak pierwszoklasistka, która po raz pierwszy idzie do szkoły. – Bałam się, czy ci ludzie mnie zaakceptują. I czy ja się odnajdę wśród nich.

Marta od dziecka porusza się na wózku inwalidzkim. Urodziła się z niedowładem nóg. Całą podstawówkę i liceum nauczyciele przychodzili do niej do domu. Z kolegami z klasy prawie nie miała kontaktu. Toteż była przerażona, jak sobie da radę w grupie.

Ten strach przed wejściem w nowe środowisko, w nową rolę towarzyszy wszystkim, o których mówi się, że są sprawni inaczej. „Sprawni inaczej” to sztuczny eufemizm, który nie oddaje istoty ich zmagań z własnym ciałem i niewiarą w siebie.

Nasi bohaterowie – studenci na wózkach – nie chcieli się poddać. Mimo kalectwa postanowili skończyć studia. Czy łódzkie uczelnie im to ułatwiają?

Beata Lang (na wózku z powodu zaniku mięśni) jest na drugim roku pedagogiki specjalnej. Nie chce opuścić wykładu dr Doroty Podgórskiej-Jachnik na temat resocjalizacji.

Dziennikarka musi poczekać, aż wykład się skończy, mimo że i tak cały wykład Beata nagrywa na dyktafon.

Rozmawiamy dopiero, kiedy jest wolna. Przyjaciele pierwsi zauważyli, że ma dar słuchania i rozumienia innych ludzi.

– Myślałam o psychologii, bo chciałam pracować jako terapeuta młodzieży i rodzinny, ale zajęcia na Uniwersytecie Łódzkim są w różnych miejscach i bałam się, że sobie nie poradzę. Czasowo i finansowo, bo dowozy na zamówienie specjalnym busem MPK są bardzo drogie dla kogoś, kto tak jak ja żyje z renty. Jeden kurs w abonamencie kosztuje w jedną stronę sześć złotych. Pojedynczy kurs to już dziewięć złotych. Nie wiedziałam wtedy, że na studiach dziennych mogłabym mieć dofinansowane dojazdy. Kiedy zapytałam o indywidualny tok studiów, powiedziano mi, że to niemożliwe.

Za wysokie progi

Najbliższa psychologii Beacie Lang wydała się pedagogika specjalna.

– Sama pani widzi, że w budynku naszego wydziału przy ul. Kopernika nie ma żadnych podjazdów ani wind. Nawet tu, w środku, jest duży próg i przez niego nie przejadę. Na drodze do czytelni kolejny próg… Najtrudniejszy był pierwszy rok, bo większość zajęć mieliśmy na piętrze. Owszem, pracownicy MPK wnosili mnie na górę, ale kiedy musiałam iść do toalety, która jest na dole, koledzy mnie cierpliwie znosili. Swoją drogą, kabina jest tak mała, że znów proszę kogoś o pomoc.

W tym roku odetchnęła, bo wszystkie zajęcia są na parterze w jednym budynku.

Informatyka i wózek

Marta Staniszewska od początku myślała o informatyce. Raz, że ciekawy kierunek, dwa, że łatwiej będzie o pracę. Chciała zdawać na Uniwersytet Łódzki, ale zmroziły ją słowa, usłyszane w dziekanacie: „Jak sobie pani da radę, to pani sprawa”.

– Nie brzmiało to zachęcająco. Rzeczywiście, człowiek na wózku musiałby tam stale liczyć na pomoc innych.

Zupełnie inaczej jest w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej, gdzie studiuje na I roku informatyki.

– Ta uczelnia jest przystosowana do ludzi na wózkach. Są podjazdy, windy, są toalety dla niepełnosprawnych. Daję sobie tu radę. Zajęcia są w budynkach oddalonych od siebie o kilka numerów. Na razie na uczelnię dowozi mnie kolega z osiedla, z którym razem studiuję, ale w planach mam zdobycie prawa jazdy.

Marta ma teraz pełne ręce roboty. Trwa sesja, a ona dodatkowo pracuje nad programem, który uczyni jej uczelnię jeszcze bardziej przyjazną dla niepełnosprawnych.

– Dostałam zgodę od rektora na przygotowanie takiego programu. Braki są niewielkie, ale są. Potrzebny jest też akademik przystosowany dla niepełnosprawnych.

Jest wiceprzewodniczącą rady studentów w swojej uczelni. Sama się zgłosiła do rady, chciała popracować w samorządzie. Nie bała się, że to trudny pierwszy rok, że zabraknie czasu.

– Nie chcę siedzieć bezczynnie i w cieniu, zwłaszcza że mogę komuś pomóc. Tak naprawdę to dopiero na studiach poczułam, że żyję pełnią życia.

Teraz razem z kolegami organizuje zbiórkę pieniędzy na rehabilitację Agaty, też studentki na wózku.

Choć ma dopiero 20 lat, wie dobrze, że skończyć studia to nie wszystko. Problemem jest znalezienie pracy. Sama tego doświadczyła, kiedy chciała popracować w wakacje w reklamie. Usłyszała, że „psułaby wizerunek firmy”.

– Dlatego próbuję coś robić, by ułatwić życie niepełnosprawnym. Przy naszej uczelni działa Instytut Postępowania Twórczego. Chcę uczulić pracujących w nim ludzi, żeby mieli nas na uwadze przy przydzielaniu miejsc na praktyki i pomogli znaleźć pracę.

Pierwsze kroki pełnomocnika

Łódzkie uczelnie państwowe kiepsko są przygotowane na przyjęcie studentów niepełnosprawnych, zwłaszcza na wózkach. Na uniwersytecie jak dotąd nie ma wydziału bez barier architektonicznych. Tylko tam, gdzie prowadzone są remonty, myśli się o podjazdach i windach. A tych nie jest wiele, gdyż uczelnia ma problemy finansowe.

Podobnie jest na Politechnice Łódzkiej, gdzie niepełnosprawni mogą swobodnie poruszać się jedynie po wydziale inżynierii procesowej i ochrony środowiska, mechanicznym i w Instytucie Maszyn Przepływowych.

– Dostrzegamy jednak problemy niepełnosprawnych – mówi Ewa Chojnacka, rzecznik prasowy PŁ. – Dla niewidomego studenta wydziału fizyki technicznej zakupiliśmy specjalny monitor i komputer. Chcemy powołać pełnomocnika do spraw niepełnosprawnych.

Taki pełnomocnik działa od dwóch miesięcy na Uniwersytecie Łódzkim. Jest nim dr Dorota Podgórska-Jachnik z Katedry Pedagogiki Specjalnej.

– Początkowo były problemy, gdzie mam urzędować. W rektoracie nie ma nawet podjazdu dla wózków! Nie może być tak, że pełnomocnik niepełnosprawnych pracuje w budynku, do którego nie mogą się dostać. Wybór padł na ul. Smugową, gdzie studiują psycholodzy i pedagodzy, bo tam budynek przynajmniej częściowo od niedawna jest dostępny dla niepełnosprawnych.

– Jesteśmy na etapie oceny potrzeb – dodaje dr Jachnik. – Do tej pory nie było nawet pełnej rejestracji niepełnosprawnych studentów. Nie chodzi tylko o statystykę.

Ważne jest, by ustalić, jakie są ich potrzeby i jak im pomóc. Zaczynamy od uporządkowania systemu stypendialnego i pomocy materialnej. Pracujemy nad tym, aby niepełnosprawnych studentów zaocznych i wieczorowych zwolnić częściowo lub całkowicie z odpłatności za studia. Być może już tegoroczne egzaminy wstępne na uniwersytet kandydaci niewidzący i niesprawni manualnie będą mogli zdawać w nietradycyjnej formie.

Ambicją pani pełnomocnik jest uczynienie uniwersytetu bardziej otwartym dla niepełnosprawnych. Tak jak to się dzieje na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie od kilku lat przy pomocy m.in. Państwowego Funduszu Rehabilitacji Niepełnosprawnych wdrażany jest program „Uniwersytet dla wszystkich”. To program pilotażowy, którego doświadczenia mają być wskazówką dla innych miast.

Gorączka sesji

U Beaty Lang sesja w pełni. Zdała już pięć egzaminów, w tym cztery w terminie zerowym. Zostały jej jeszcze cztery.
– Ulgowo nikt mnie tutaj nie traktuje. I bardzo dobrze. Zresztą studia nie sprawiają mi kłopotów. Czasem tylko proszę o zamianę egzaminu pisemnego na ustny. Z niektórych przedmiotów wolę odpowiadać.

– Pani Beata wybrała dobry dla siebie kierunek studiów, gdyż w pracy będzie mogła wykorzystać własne doświadczenia zmagania się z przeciwnościami losu – mówi o swojej studentce dr Dorota Jachnik. – Jest dojrzała emocjonalnie i intelektualnie, a to jest ważne w jej przyszłym zawodzie. To bardzo pogodna osoba, łatwo zjednująca sobie ludzi.

Beata myśli o drugim fakultecie z psychologii. Może o studiach podyplomowych. W Łodzi tworzy się placówka dla ofiar przemocy. Może tam byłoby w przyszłości miejsce dla terapeuty na wózku?

Autor artykułu: Joanna Leszczyńska

Książki na kartki?

Wednesday, May 23rd, 2001

Co najmniej trzy łódzkie hurtownie książek zaczęły wydzielać księgarniom egzemplarze chodliwych tytułów. Księgarze zaczęli się buntować, a największy odbiorca w województwie, „Dom Książki”, który ma 19 księgarń w Łódzkiem, zerwał całkowicie współpracę z tymi hurtowniami.

Księgarze skarżą się, że reglamentacja jest bezsensowna, bo – według nich – nie jest ekonomicznie uzasadniona. Bez względu na to, czy księgarnia nabyła 20 egzemplarzy danego tytułu jednorazowo czy w partiach po 2–3 dziennie, za towar płaci po 7, 14 lub 21 dniach.

– Te praktyki zaobserwowane w „Matrasie”, „Wolumenie” i „Hermesie” zmusiły nas do zmiany dostawcy – przyznaje Irena Ledzion, kierowniczka Działu Handlowego „Domu Książki”. – Wszelkie próby reglamentacji kończyły się pogorszeniem zaopatrzenia w naszych placówkach. Jeśli w połowie dnia zabrakło jakiegoś tytułu, a następne egzemplarze mogliśmy sprowadzić dopiero nazajutrz, to traciliśmy zaufanie klientów.

„Dom Książki” znalazł już nowego hurtownika.

– Ograniczenie dostawy do kilku egzemplarzy każdego tytułu można byłoby przełknąć wówczas, gdyby nazajutrz akwizytor zrealizował nowe zamówienie – denerwuje się Waldemar Podgórski, księgarz z ul. Tuwima.

– Zdarzało się, że dostawca przyjeżdżał rowerem zamiast samochodem, inny nie zjawił się na czas, bo mu coś wypadło. W efekcie muszę wsiadać do samochodu i samemu się zaopatrywać. Taki kurs dla kilku egzemplarzy pożera całą prowizję z ich sprzedaży.

To bez sensu. Parę dni temu wziąłem dużą partię książek z hurtowni w Warszawie. Tam o wydzielaniu książek nie ma mowy.

– To nie sztuka nabrać dużo książek, ale sprzedać je – twierdzi Wojciech Pietrzak, dyrektor handlowy hurtowni „Matras”. – Księgarzy płacących od razu gotówką za dostawę jest niewielu, więc większość odbiorców kredytujemy, odwlekając termin płatności. Ostatnio bardzo zmalała siła nabywcza łodzian, co natychmiast objawiło się spadkiem sprzedaży książek. Firmy liczą więc każdą złotówkę i rzeczywiście ograniczamy sprzedaż komisową.

A co do drugiego zarzutu, to pracuje dla nas trzech przedstawicieli handlowych. Każdy ma samochód. Ich pensje zależą od sprzedaży, więc trudno ich podejrzewać o niesolidność.

Autor artykułu: kup

Czas na podsumowanie

Wednesday, May 23rd, 2001

Akcja „Dziennika Łódzkiego – Wiadomości Dnia”: Czy ogródki jordanowskie są bezpieczne i atrakcyjne dla dzieci?

Trzy tygodnie temu rozpoczęliśmy naszą akcję, która miała na celu sprawdzenie, w jakim stanie są ogródki jordanowskie i place zabaw dla dzieci. Poprosiliśmy Czytelników o przekazanie swoich spostrzeżeń i nie zawiedliśmy się.

Codziennie otrzymywaliśmy wiele telefonów z sygnałami o niebezpiecznych miejscach.

Okazało się, że w Łodzi placów zabaw jest zdecydowanie za mało, istniejące z reguły są zaniedbane, zniszczone, albo wręcz zdewastowane. Ich administratorzy tłumaczyli, że brakuje im na wszystko pieniędzy. Do niektórych placów nikt się nie chciał przyznać – ani administracje nieruchomości, ani spółdzielnie mieszkaniowe, ani referaty komunalne poszczególnych delegatur dzielnicowych UMŁ.

Rozpoczynając akcję mieliśmy nadzieję, że dzięki publikacjom uda się zmobilizować właścicieli lub opiekunów placów zabaw do remontów i wymiany zniszczonych urządzeń. I przynajmniej w kilku przypadkach osiągnęliśmy sukces.

Opisywany plac zabaw przy ul. Tomaszowskiej, zarządzany przez SM Botanik już został odnowiony. Wiesław Rengel, kierownik referatu komunalnego UMŁ Łódź Bałuty, zapewnił nas, że na Dzień Dziecka wszystkie place zabaw znajdujące się na terenie jego dzielnicy zostaną doprowadzone do porządku. W parku 3 Maja już usunięto zdewastowany domek, a pozostałe urządzenia doprowadzono do porządku. W Ogrodzie Botanicznym dzieci mają w piaskownicy czysty piasek.

Autor artykułu: mp.

Wypaczony pomysł

Wednesday, May 23rd, 2001

Radni Unii Wolności uważają, że ich pomysł dotyczący sprzedaży lokali użytkowych dotychczasowym najemcom i dzierżawcom został wypaczony przez władze miasta. – Jedyne co się nam udało, to fakt że Zarząd Miasta zajął się problemem – mówią.

– Zgodnie z projektem władz miasta, sprzedaży będą podlegać tylko te lokale użytkowe, które wskaże Zarząd Miasta. Jeśli najemca nie będzie zainteresowany kupnem, lub nie będzie go na to stać, istnieje obawa, że pomieszczenie, które zajmował, kupi ktoś inny. Projekt opracowany przez władze Łodzi nie zadowala ani nas, ani kupców. Będziemy starali się wnieść do niego poprawki – zapowiedział radny Paweł Pawlak.

Radna Mirosława Kęblińska zasiadająca w Powiatowej Radzie Zatrudnienia mówiła o programie „Absolwent 2001”. W Łodzi jest blisko 1500 bezrobotnych absolwentów szkół średnich i wyższych. „Absolwent” zakłada, że każdy pracodawca, który stworzy dla nich stanowisko, otrzyma dla jednej osoby 35 tys. zł pożyczki plus dofinansowanie na składki ZUS i opłaty na ochronę zdrowia przez pół roku. Pieniądze na realizację programu ma przekazać Krajowy Urząd Pracy.

Mirosława Kęblińska proponowała na PRZ, aby przenieść pieniądze zabukowane na szkolenia na realizację „Absolwenta”. Wniosek został odrzucony. – Moim zdaniem niesłusznie. Prowadzi się bowiem kursy do zawodów, których nikt nie poszukuje, takich jak na przykład spawacz w argonie – mówiła radna.

Autor artykułu: k

W ośrodku jak w domu

Monday, May 21st, 2001

Jedyny na Górnej kuratorski ośrodek pracy z młodzieżą zajmuje dawne mieszkanie stróża przy Gimnazjum nr 37. Kuratorzy twierdzą, że to właśnie dzięki warunkom lokalowym, ośrodek jest jednym z najskuteczniejszych w Łodzi:

– Dzieci czują się tu jak w domu, dlatego chętnie przychodzą – mówią. Żałują więc, że wkrótce będą musiały się stamtąd wyprowadzić.

Do kuratorskich ośrodków trafiają dzieci, które już miały konflikt z prawem lub ich rodzice nie wypełniają należycie swoich obowiązków. Decyduje o tym sąd rodzinny. W okręgu łódzkim działa czternaście takich placówek, a ich opieką objętych jest około dwadzieściorga dzieci. Udział w zajęciach w ośrodku jest obowiązkowy. Młodzież musi tam przychodzić cztery razy w tygodniu i spędzać kilka godzin popołudniowych.

– To bardzo dobra forma kurateli – mówi Bożena Maćkowiak, okręgowy kurator rodzinny.

– Przez kilkanaście godzin w tygodniu dzieci są pod opieką dorosłych, którzy organizują im czas wolny. Można je dożywić, przypilnować, aby odrobiły lekcje. Uczestniczą też w zajęciach terapeutycznych.

Ośrodki działają we wszystkich dzielnicach Łodzi, najczęściej w pomieszczeniach, które sąd wynajmuje od szkół. Na Górnej ośrodek powstał w styczniu 1999 roku.

Najpierw zajęcia odbywały się w pokoju pedagoga, a od kilku miesięcy – w mieszkaniu szkolnego stróża (pokój z kuchnią i łazienką). Pod opieką tego ośrodka jest piętnaścioro dzieci w wieku od 13 do 17 lat. Bożena Maćkowiak mówi, że jest on jednym z najlepiej działających, a to głównie dzięki warunkom lokalowym: – Większość ośrodków mieści się w klasach szkolnych, a te młodzieży nie najlepiej się kojarzą.

Izabela Czyżykowska-Kobalczyk, kierująca ośrodkiem na Górnej, dodaje: – U nas dzieci czują się jak w domu, dlatego chętnie przychodzą. To daje efekty wychowawcze.

Kuratorzy obawiają się, że przenosiny ośrodka na pewien czas zdezorganizują jego pracę, a młodzież niechętnie będzie dojeżdżać do bardziej oddalonej szkoły.

Dyrektor gimnazjum Małgorzata Olejnik konieczność wyprowadzki ośrodka tłumaczy potrzebami lokalowymi szkoły:

– Uczy się około pięciuset dzieci. W przyszłym roku szkolnym ich liczba wzrośnie do siedmiuset, potrzebne więc będą dodatkowe sale. Spodziewałam się też, że ośrodek w większym zakresie obejmie fachową pomocą uczniów mojej szkoły.

Dyrektor Olejnik dodała, że wynajęciem pomieszczeń dla ośrodka jest zainteresowanych kilka innych szkół w dzielnicy.

Autor artykułu: ak

Arystokracja w schronisku

Monday, May 21st, 2001

Do łódzkiego schroniska dla zwierząt trafia coraz więcej rasowych psów i kotów. Rekordzista – terier szkocki został oddany z dokumentami potwierdzającymi jego rodowód. Jego wartość znawcy oszacowali na 2,5 tysiąca złotych.

Ostatnio najczęściej oddawane są rottweilery i amstaffy.

– Mija moda na hodowanie psów ras obronnych. Poza tym coraz więcej osób wpada w przerażenie po informacjach, że psy tych ras znów kogoś pogryzły. Nie chcą więc ich trzymać.

Pracownicy placówki pamiętają też rodowodowe: owczarka collie, setera irlandzkiego, shi tzu i owczarki niemieckie.

Miłośnicy małych ras mogą znaleźć tu jamniki, mopsy, buldożki francuskie, był też pekińczyk. Do schroniska przywieziono niedawno charty polskie i angielskie odebrane kłusownikom.

– Rasowe psy sprzedajemy drożej niż wielorasowe. Każdy ma indywidualnie ustalaną cenę. Zwykle jest to kilkaset złotych. Nie są to jednak stawki, które zniechęciłyby do kupna – powiedziała nam Ewa Bartosik.

Do schroniska przy ul. Marmurowej trafiają także rasowe koty. Właściciele oddają najczęściej persy i koty syjamskie. Niedawno trafił tu także norweski kot leśny.

Autor artykułu: k

Przejścia nie do przejścia

Monday, May 21st, 2001

Niepełnosprawni mający problemy z poruszaniem się narzekają na przejścia podziemne w Łodzi. Mówią, że wiele z nich stanowi przeszkodę, której nie sposób pokonać: strome schody, brak podjazdów i poręczy. Jednym z najbardziej krytykowanych miejsc jest przejście podziemne przy dworcu Łódź Kaliska.

– Kto zaprojektował to przejście tak daleko od dworca? Poruszam się o kulach i pokonanie odległości kilkudziesięciu metrów to dla mnie prawdziwa udręka.

Przecież można je było wybudować tuż przy dworcu. Szkoda, że wykonawcy nie wzięli tego pod uwagę – mówi Jerzy Helwig z Retkini.

Jak poinformowały nas służby prasowe urzędu miasta, prace związane z przebudową rejonu Dworca Łódź Kaliska podjęto w 1980 roku. „Nie dostrzegano wówczas w pełni problemów osób niepełnosprawnych. Dworzec i jego przedpole są zbyt rozległe i mogą stanowić utrudnienie dla osób mających problemy z poruszaniem się. Potrzeby niepełnosprawnych uwzględniono dopiero w 1995 roku”.

Dużo równie krytycznych uwag kierowanych jest pod adresem przejść podziemnych na Widzewie Wschodzie.

– W okolicach ronda Inwalidów nie sposób przejść na drugą stronę ulicy Rokicińskiej. Schody są bardzo strome, a podjazdy zbyt wąskie dla wózków inwalidzkich. Górą też nie można przejść, bo uniemożliwiają to tory tramwajowe – narzeka niepełnosprawna mieszkanka Widzewa. Na pytanie, czy miasto zrobi coś, aby przystosować już istniejące przejścia podziemne dla osób niepełnosprawnych, służby prasowe prezydenta nam nie odpowiedziały. Poinformowały jedynie, że nowe przejścia są budowane z myślą o ludziach mających problemy z poruszaniem się.

Autor artykułu: k

Wielopoziomowy kłopot

Friday, May 18th, 2001

Odpadające tynki, spod których widać elementy konstrukcji, zacieki na zewnętrznych ścianach – tak dziś wygląda pierwszy w Łodzi wielopoziomowy parking samochodowy przy ul. Stefanowskiego.

Oddany do użytku w grudniu 1995 r. był wybudowany z myślą o przyjeżdżających do Łodzi na targi. W przerwach między imprezami targowymi miał służyć też mieszkańcom miasta. (more…)

Kupcy wchodzą do klubu

Friday, May 18th, 2001

Wojewódzki Związek Zrzeszeń Prywatnego Handlu i Usług przy ulicy Jaracza 45 w Łodzi, który na początku maja wyszedł z inicjatywą założenia klubu bezrobotnych kupców, handlowców i gastronomików, przyjął już 12 kandydatów. Niemal każdego dnia odbiera też telefony w sprawie warunków przynależności do klubu.

– Do powołania tej organizacji skłoniła nas coraz tragiczniejsza sytuacja drobnych firm i rodzimego handlu – mówi Bolesław Cisłak, dyrektor związku. (more…)

Prokuratura nieprofesjonalna?

Friday, May 18th, 2001

Straciłem zaufanie do prokuratury – oznajmił wczoraj w łódzkim Sądzie Okręgowym Paweł J. i odmówił składania zeznań. J. jest świadkiem i oskarżycielem posiłkowym w procesie grupy, która miała – zdaniem prokuratury – tworzyć trzon tzw. łódzkiej ośmiornicy.

Na ławie oskarżonych w tym procesie zasiada szesnastu mężczyzn, oskarżonych o udział w grupie przestępczej, która – zdaniem prokuratury – ma koncie między innymi wyłudzenia towarów i oszustwa skarbowe. Grupą mieli kierować 55-letni Tadeusz M., 48-letni Mariusz K. i 47-letni Andrzej M.

Tadeusza M. i Mariusza K. prokuratura oskarżyła też o wymuszenie rozbójnicze. Zarzuca im, że groźbami zmusili Pawła J. do wydania mebli oraz sprzętu RTV i AGD, wartości 116 tys. zł.

Paweł J. zaczął zeznawać w miniony wtorek. Na kolejną rozprawę, kiedy to miał kontynuować zeznania, nie stawił się. Wczoraj wyjaśnił, że był to jego protest przeciwko działaniom prokuratury. Zarzucił jej brak profesjonalizmu.

– Prokuratura nie szanuje świadka i jego czasu, manipuluje faktami i zeznaniami – mówił Paweł J.

Poprosił sąd o trzydziestodniową zwłokę: w tym czasie zamierza napisać do ministra sprawiedliwości i zadecydować, czy dalej będzie uczestniczyć w sprawie. Prokurator Małgorzata Glapska-Dudkiewicz powiedziała, że nie wie, jakie są przyczyny oświadczenia Pawła J. Po półgodzinnej przerwie sąd postanowił odczytać jego zeznania ze śledztwa.

– Świadek nie podał szczegółowych przyczyn swej decyzji – uzasadnił sędzia Marek Chmiela.

Autor artykułu: ak