Filharmonia Łódzka podczas ostatniego koncertu zaprezentowała program, jaki przedstawi podczas najbliższego tournee po Niemczech. Nie podzielając gustu niemieckiej publiczności, trzeba przyznać, że wykonanie zakontraktowanych utworów stało na bardzo wysokim poziomie.
Suita z baletu „Śpiąca królewna” Piotra Czajkowskiego była w Łodzi wykonana po raz pierwszy. Prawykonanie było znakomite, wszakże samo dzieło nieco mu ustępowało, podobnie jak i wielu kompozycjom rosyjskiego romantyka.
Muzyka, mimo głębokich uczuć zawartych w niej przez kompozytora, nie porywa świeżością i kolorami. Może dlatego prowadzący koncert od dyrygenckiego pulpitu Andrzej Straszyński przekonać chciał do suity dynamiką. Jeśli chodziło o zmasowany atak forte, to w pełni się koncepcja udała: tak głośno w sali przy Piotrkowskiej dawno nie było.
Szczęśliwie dla kompozycji ostatni w jej składzie jest Walc, i to on pozostawia publiczność w sentymentalnym zasłuchaniu.
Bez zarzutu orkiestra i dyrygent wyszli ze zmagań z I Symfonią B-dur „Wiosenną” Roberta Schumanna. Wiosna, jaką opisuje w utworze Schumann, nie przychodziła w tamtym czasie do kompozytora lekka i piękna. Choć twórca bez pamięci i z wzajemnością zakochany był w Klarze Wick (która w 1840 r., została jego żoną), to jego symfonia (prawykonanie odbyło się w marcu 1841 roku) niewiele ma znamion wiosennego rozmarzenia romantycznego kochanka.
Całość nie wybija się ponad liryczne banały i wzniosłe patosy. Ale jeśli Niemcom tak bardzo się podoba, to dlaczego nie zagrać im tej symfonii tak pięknie, jak stało się to podczas ostatniego koncertu filharmoników?
Gwoździem programu miał być występ znakomitego polskiego wiolonczelisty – Dominika Połońskiego. Młody artysta zachorował i zastąpił go starszy, wybitny kolega – Konstanty Andrzej Kulka. Po usłyszeniu w jego wykonaniu koncertu skrzypcowego A-dur Karłowicza, publiczność nie posiadała się z zachwytu. Kulka sprawił nie tylko przyjemność wybierając ze swego bogatego repertuaru piękny utwór, ale cieszył jego doskonałą interpretacją. Biegłość techniczna i dojrzałość duchowa idą u tego artysty w parze ze spontanicznym uczuciem, jakim obdarowuje za każdym razem wykonywane przez siebie dzieło. I dlatego właściwiej jest mówić, że Kulka kreuje, a nie, że wykonuje. Wirtuozeria artysty sprawiła, że filharmoniczna stodoła na chwilę przemieniła się w świątynię sztuki. Wielkie dzięki.
Autor artykułu: (lenar)