Stadion Widzewa został odczarowany, choć wolelibyśmy, żeby widzowie byli oczarowani. W piątym w historii meczu międzypaństwowym przy al. Piłsudskiego 138 Polska po raz pierwszy przegrała. W piętnastym meczu reprezentacji narodowych rozegranym w Łodzi Japończykom udało się to, co wcześniej tylko Rumunom w roku 1937 i Hiszpanom w 1981. Dwanaście innych zespołów nie zdołało wygrać w naszym mieście.
Nikt już chyba nie nazwie Azji piłkarską prowincją i nie będzie żartował z tego, że z całą powagą traktujemy wydarzenia futbolowe na tym kontynencie m.in. przestrzegając przed lekceważeniem Japonii, Korei, Chin, Iranu i zespołów z Półwyspu Arabskiego. Japończycy pokazali, że już nie odstają od drużyn europejskich. W tym roku pokonali do zera czołowe dwa zespoły z grupy eliminacyjnej, która jako pierwsza na Starym Kontynencie wyłoniła finalistę mundialu (wczoraj Polskę 2:0, a wcześniej Ukrainę 1:0).
Po raz pierwszy od czasu, kiedy reprezentację objął trener Jerzy Engel, Polacy przegrali na swoim boisku. Nigdy wcześniej też zespół Engela nie stracił na swoim boisku gola jako pierwszy. Japończycy obnażyli słabości naszej drużyny. Obalili oni – choć pewnie sami o tym nie wiedzą – spiskową teorię dziejów, według której niektórzy nasi reprezentanci grzeją ławki w swoich klubach za sprawą złej woli swoich trenerów.
Wydawało się, że polski zespół zepchnie rywali do głębokiej obrony, bo od pierwszych minut zaatakował. Samuraje przerwali jednak faulami pierwsze cztery akcje orłów pokazując, że wbrew obiegowym opiniom nie boją się walki fizycznej. W 7 minucie przedarł się jednak Emmanuel Olisadebe, ale strzelił obok bramki. Rywale byli skuteczniejsi. Pierwszy składny atak przyniósł im prowadzenie. Lider zespołu Hidetoshi Nakata z Parmy rozegrał piłkę z bardzo aktywnym i pomysłowo grającym prawym pomocnikiem Daisuke Ichikawą, którego dośrodkowanie odbił Tomasz Wałdoch. Nadbiegający Nakata uderzył natychmiast po ziemi, zaskakując zasłoniętego Jerzego Dudka strzałem w tzw. krótki róg.
Japończycy przejęli inicjatywę i byli zespołem lepszym. Bili Polaków zaangażowaniem w walkę. Przede wszystkim zaimponowali jednak organizacją gry i konsekwencją. Minęły już czasy, kiedy ich futbol był radosną improwizacją, a skośnoocy piłkarze nie rozumieli, co znaczy w sporcie słowo odpowiedzialność. Najlepszym zawodnikiem na boisku był wszechstronny Hidetoshi Nakata. Błyszczał szczególnie na tle pasywnego rozgrywającego naszej reprezentacji Piotra Świerczewskiego. Piłkarz Marsylii nie miał dnia i nie potrafił wykorzystać ochoty do gry Olisadebe – najbardziej zaradnego z zawodników Engela. Słabo grał także Radosław Kałużny, który widać zapomniał, że na tym właśnie stadionie rozegrał swój mecz życia, strzelając hat trick Białorusinom. Brak ogrania widać było w poczynaniach Tomasza Kłosa, Marka Koźmińskiego i Pawła Kryszałowicza. Z rezerwowych trudno będzie zbudować Engelowi silny zespół.
Najładniejszą akcję polskiej drużyny przeprowadził w 18 minucie Olisadebe, który otrzymał piłkę od Kryszałowicza, zręcznie obronił się przed atakami trzech rywali, przedryblował przez pół boiska i spod linii końcowej silnie zagrał do Kryszałowicza. Szybszy jednak był bramkarz Portsmouth Yoshikatsu Kawaguchi.
W 20 minucie miał miejsce przykry incydent. Tuż obok Jerzego Dudka upadła petarda, na szczęście tylko ogłuszając go na kilka minut. Bramkarz Liverpoolu szybko jednak doszedł do siebie i już w 38 minucie pokazał wielką lasę.
Po rożnym Nakaty dynamicznie główkował z 5 metrów Shinji Ono z Feyenoordu, ale Dudek obronił! Znakomicie nasz bramkarz spisał się również w 44 minucie, dosłownie wyjmując piłkę spod nóg nie- atakowanego przez nikogo Nakaty.
Wcześniej jednak Dudek musiał skapitulować. W 42 minucie po dośrodkowaniu Ichikawy błąd popełnił Tomasz Kłos, a Naohiro Takahara strzelił silnie do siatki.
Pierwsza połowa nie nastrajała więc optymistycznie. Polska przegrywała 0:2, a najlepszym jej zawodnikiem był bramkarz, który ustrzegł zespół przed stratą kolejnych dwóch goli. Po przerwie i kilku zmianach w składach obu drużyn mecz stał się bezbarwny. Obie drużyny stworzyły po jednej klarownej sytuacji podbramkowej i to… w tej samej, 80 minucie.
Najpierw główkę Takayuki Suzukiego obronił na linii bramkowej Radosław Majdan, a za moment po drugiej stronie podobny strzał Marcina Żewłakowa sparował na róg Kawaguchi.
Polacy nie mieli pomysłu na grę, nie wykreowali lidera, nie potrafili wykorzystać dorównującego Japończykom szybkością Olisadebe. Rywale też zadowolili się wynikiem, ale trudno wymagać, żeby zespół prowadzący 2:0 ryzykował otwartą grę.
Mówimy Japonia, a myślimy Korea: ten mecz był w pewnym sensie ostrzeżeniem właśnie przed Koreańczykami, z którymi Polacy spotkają się w grupie na MŚ. Wszak styl gry obu azjatyckich reprezentacji, współgospodarzy mistrzostw, jest podobny. Nieco optymizmu wniósł żartobliwym powiedzeniem jeden z doświadczonych trenerów mówiąc o polskich piłkarzach: – Wygrywać, to oni mają na mundialu, a teraz nich się uczą pokory.
*****
Gole
0:1 – Hidetoshi Nakata (10), 0:2 – Naohiro Takahara (42).
Składy
Polska: Jerzy Dudek (46, Radosław Majdan) – Tomasz Kłos, Tomasz Hajto, Tomasz Wałdoch (46, Jacek Bąk), Michał Żewłakow (46, Jacek Krzynówek) – Tomasz Iwan, Radosław Kałużny (79, Arkadiusz Bąk), Piotr Świerczewski (46, Bartosz Karwan), Marek Koźmiński – Emmanuel Olisadebe, Paweł Kryszałowicz (46, Marcin Żewłakow). Trener: Jerzy Engel.
Japonia: Yoshikatsu Kawaguchi – Naoki Matsuda, Tsuneyasu Miyamoto, Koji Nakata – Daisuke Ichikawa (71, Yasuhiro Hato), Kazuyuki Toda (80, Tomokazu Myojin), Hidetoshi Nakata, Junichi Inamoto (54, Takashi Fukunishi), Shinji Ono – Takayuki Suzuki, Naohiro Takahara (54, Tatsuhiko Kubo). Trener: Philippe Troussier.
Sędzia
Hermann Albrecht (Niemcy). Widzów: ok. 6 tys.
Autor artykułu: Marek Kondraciuk