Wychuchane mieszkanie przerobił na warsztat, gdzie przez wiele miesięcy powstawał… samolot, wzorowany na zdjęciach umieszczonych 90 lat temu w „Neunen Lodzer Zaitung”. Kajetan Zakrzewski, członek łódzkiego Klubu Seniorów Lotnictwa, chciał w ten sposób przypomnieć o łódzkich tradycjach lotniczych.
– Jest co wspominać i świętować – twierdzi Kajetan Zakrzewski.
– W przyszłym roku cały świat będzie obchodził 100-lecie lotnictwa silnikowego. Tymczasem Łódź już w 2002 roku ma swoją rocznicę.
90 lat temu przeleciał nad Łodzią pierwszy samolot: „Bleriot – XI”. Za jego sterami zasiadł nestor pilotów polskich, Michał Scipio del Campo.
Co to był za lot! Zorganizowali go łódzcy fabrykanci na torze wyścigów konnych. Z hipodromu w Rudzie Pabianickiej wystartował samolot „Bleriot – XI” warszawskiego Towarzystwa Lotniczego „Awiata”. Wykonał nad publicznością kilka ewolucji i poleciał do Górnego Rynku, w osi ulicy Piotrkowskiej do placu Wolności i z powrotem.
O samolocie Bleriot słyszał cały ówczesny świat. 25 lipca 1909 roku francuski inżynier Louis Bleriot przeleciał na samolocie własnej konstrukcji z Francji do Anglii, nad kanałem La Manche. Bleriot po tym słynnym przelocie założył fabrykę płatowców nazwanych swoim nazwiskiem.
O budowie Bleriota w mieszkaniu dowiedzieliśmy się już wiosną. Konstruktor nie chciał nas jednak zaprosić. – W domu jest jak w warsztacie, wszędzie bałagan. W jednym pokoju robię skrzydła, w innym kadłub, zaproszę was jak skończę – tłumaczył.
Wykonanie samolotu tylko z pozoru było proste. Kajetan Zakrzewski chciał, by model był duży. By sylwetka siedzącego za sterami pilota była co najmniej tak duża jak stojące na ulicy Piotrkowskiej pomniki Tuwima, Reymonta czy Rubinsteina. Postanowił, że model będzie o połowę mniejszy od oryginału.
Prace zajęły kilka miesięcy. Dzisiaj każde skrzydło ma długość 2,10 metra. Łącznie z kadłubem rzeźba ma rozpiętość prawie 5 metrów i waży około 30 kg.
– Zrobiłem go z podobnych materiałów, z jakich wykonano prawdziwego Bleriota – opowiada pan Kajetan. – Z drewna, płótna lotniczego i metalu. Samego płótna zużyłem około 38 metrów. Łódzki płatowiec nie jest jednak wierną rekonstrukcją, ale modyfikacją. Miałem problemy z kołami.
Musiały mieć odpowiednią wielkość i wygląd. Znalazłem takie na pchlim targu, na Górniaku. Dużo czasu zajęła mi też sama postać Scipio del Campo. Chciałem, by wygląda jak z brązu.
O dalszym losie rzeźby zadecydują jednak szefowie Aeroklubu Łódzkiego i Lotniska Lublinek. Być może w przyszłości będzie on zdobił wejście na teren Portu Lotniczego Łódź Lublinek albo hol Aeroklubu.
Autor artykułu: (aro)